Syzyfowe prace
Stefan Żeromski
Czas akcji: Lata 1871-1881 (czas fabularny sięga też przeszłości, przede wszystkim powstania styczniowego z 1863 roku)
Miejsce akcji: Szkoła początkowa w Owczarach, gimnazjum klasyczne w Klerykowie, wieś Gawronki, w retrospekcji: Pajęczyn Dolny, progimnazjum w Pyrzogłowach
Gatunek literacki: Powieść
Epoka: Młoda Polska
Motywy: dzieciństwa, młodości, dojrzewania, zaborów, wroga, patriotyzmu, ojczyzny, manipulacji, propagandy, edukacji, literatury, książki, nauczyciela, szkoły, rusyfikacji, dziecka, matki, ojca, wsi, gospodarstwa, miłości, wewnętrznej przemiany
Streszczenie lektury „Syzyfowe prace”
I
Czwartego stycznia państwo Borowiczowie saniami odwieźli do szkoły początkowej w Owczarach swojego jedynego syna. Był to duży, tęgi i muskularny chłopak ośmioletni, z twarzą nie tyle piękną, ile rozumną i miłą. Na miejscu powitali ich nauczyciel, pan Ferdynand Wiechowski, i żona jego, pani Marcjanna z Pilszów. Kobieta powiedziała, że Marcinek powinien zrozumieć, że kimkolwiek zostanie, ma być chlubą swej familii. Kiedy nauczyciele pokazali rodzinie Borowiczów pokój chłopca, weszła tam dziewczynka, która została przedstawiona jako Józia, siostrzenica księdza Piernackiego. Dzieci się przywitały. Następnie państwo Borowiczowie rozmawiali z panią Wiechowską o warunkach umowy. Marcinek miał się tu uczyć między innymi w zamian za dostarczanie przez jego ojca żywności.
Około siódmej wieczorem rodzice Marcina odjechali. Chłopiec zaczął krzyczeć i puścił się pędem za saniami. Nauczycielstwo go jednak złapało i przemocą zaprowadziło do szkoły. Marcinek poczuł wielką tęsknotę. Płacząc do poduszki, w końcu zasnął. Gdy obudził się w nocy, zobaczył, że ktoś spał na łóżku nauczycielskim i na kanapie. Nad ranem nikogo już tam nie było. Pani Wiechowska zaprowadziła Marcinka do izby pełnej chłopców i dziewcząt. Tam posadziła go obok kilkunastoletniego chłopaka, który nazywał się Piotr Michcik, i kazała mu zająć się nowym uczniem. Nastolatek wyciągnął zbiór fragmentów literackich Paulsona i zaczął szybko czytać po rosyjsku jakiś tekst. Marcinek nic jednak nie zrozumiał. Naraz wszedł pan Wiechowski z surową miną i rozpoczęła się lekcja. Borowicz nic z tego wszystkiego nie pojmował. Dzieci czytały jakieś rosyjskie bajki, dukały alfabet, a na końcu zaśpiewali pieśń „Kol slawien”, lecz nauczyciel kilka razy musiał przerywać, gdyż melodia „Święty Boże, święty mocny” zaczynała brać górę nad cerkiewną pieśnią.
II
W liście do państwa Borowiczów nauczycielka napisała, że w czasie dwóch miesięcy w szkole Marcinek zdumiewające uczynił w naukach postępy. Rzeczywiście chłopiec potrafił już czytać po rosyjsku, pisać dyktanda, robić zadania na cztery działania i nawet zaczął ćwiczyć rozbiór etymologiczny i syntaktyczny wyrazów. Trudnością dla Marcinka była arytmetyka, a najbardziej rosyjskie nazwy w niej stosowane. Największe postępy natomiast chłopiec czynił w katechizmie księdza Putiatyckiego i w kaligrafii. Nie pozwalano Marcinkowi bawić się z wiejskimi chłopakami ze względu na tak zwane dobre wychowanie. Wtedy gapił się przez szyby, za którymi ciągnęły się równe pola, pokryte ciężką warstwą śniegu. Odwilże zdarzały się nieczęsto, a jeśli nawet, to po nich następowały mrozy. Dla żywego chłopca było coś bezdennie smutnego w tym obcym krajobrazie.
Przez dwa miesiące pobytu w szkole rodzice ani razu nie odwiedzili Marcinka. Postanowili go zahartować. Raz chłopiec wyszedł na spacer z nauczycielką i Józią. Zobaczył wtedy górę, u stóp której leżały Gawronki, gdzie się urodził i wychował. Na ten widok chłopiec głośno zapłakał. Wycieczkę zakończyło opryskliwe kazanie pani Wiechowskiej.
Na początku marca pan Ferdynand wrócił z sąsiedniego miasteczka z wiadomością, że w tym tygodniu przyjedzie do nich z wizytacją dyrektor, naczelnik Piotr Nikołajewicz Jaczmieniew. Od tej pory w całym domu zapanowały trwoga i milczenie. Nauczyciel całe dnie trzymał dzieci w szkole, przygotowując je na spotkanie z dyrektorem, a nauce tej towarzyszyło zdwojone bicie dyscypliną. W stancji szkolnej przeprowadzono gruntowne porządki. W przeddzień wizytacji atmosfera była bardzo nerwowa. W dniu przyjazdu dyrektora młody Borowicz dostał zadanie, aby wypatrywać przez okno posłańca od pana Pałyszewskiego, nauczyciela szkoły w Dębicach, u którego wizytacja miała się odbyć najpierw. Po dwóch godzinach od przybycia owego posłańca nadjechał naczelnik. Był to wysoki i przygarbiony nieco człowiek, lat czterdziestu paru, o twarzy dużej, nieco rozlanej i obwisłej, którą otaczał rzadki zarost czarny. Z ust dyrektora Jaczmieniewa prawie nie schodził uśmiech łagodny i dobrotliwy. Zamglone jego oczy spoglądały przyjacielsko i życzliwie. Naczelnik chciał, by dzieci mu coś przeczytały. Pan Wiechowski specjalnie wybrał Michcika, który najlepiej sobie radził. Jaczmieniew był zachwycony. Kazał jednak wywołać kolejnych uczniów. Ci sobie jednak nie radzili. Wtedy dyrektor sam zaczął egzaminować dzieci. Nagle zaczął mówić po polsku i spytał, kto umie czytać w tym języku. Okazało się, że więcej dzieci potrafi czytać po polsku, a zaledwie dwoje po rosyjsku. Dyrektor stwierdził, że jest bardzo źle, i zarzucił panu Wiechowskiemu, że prowadzi polską propagandę. Jaczmieniew powiedział, że jest z niego bardzo niezadowolony, i odszedł. Nauczyciela ogarnęła rozpacz, wiedział, że straci to stanowisko. Kiedy wrócił do swej izby i zaczął płakać, nagle ponownie zjawił się naczelnik, tym razem bardzo zadowolony. Oznajmił, że się pomylił i że podwyższy mu pensję. Zdziwiony Ferdynand dowiedział się po chwili od pani Marcjanny, że wiejskie baby złożyły na niego skargę naczelnikowi, że nie naucza dzieci po polsku, a wtedy dyrektor bardzo się ucieszył i zmienił swoje zdanie. Z tej radości Ferdynand i jego żona zaczęli pić. Tymczasem Jaczmieniew jechał łańcuchem wzgórz i oglądał z okna góry, wspominając czasy swojej młodości. Nagle w myślach pojawiło mu się pytanie: I cóż by tu można zrobić, co tu właściwie zaprojektować celem wzmocnienia rusyfikacji, tej rusyfikacji nieodzownej i skutecznej?…
III
W budynku gimnazjum w Klerykowie gnieździł się tłum rodziców. W przedsionku spał woźny, „pan Pazur”. Wśród nich byli także pani Borowiczowa i Marcin, którzy czekali na egzaminy do klasy wstępnej, po których zdaniu można było przywdziać mundur. Kandydatów było bardzo wielu, nikt nie znał jeszcze dokładnej daty egzaminów. Pewien gimnazjalista zaczepił Marcina, wyśmiewając jego spodnie, które nazwał „majtasami”, lecz uciekł, gdy odezwała się pani Borowiczowa. Matka Marcina zapytała pana Pazura, czy wie coś o terminie egzaminów, lecz ten jedynie odparł, że jeśli ktoś ma wiedzieć, to sekretarz. Gromada rodziców poszła więc do urzędnika, a ten przekazał, że wszystko zależy od pana Majewskiego, który wykłada w klasie wstępnej. Prawdopodobnie egzaminy odbędą się jeszcze w tym tygodniu.
Pani Borowiczowa z Marcinkiem wrócili do hotelu, w którym się zatrzymali. W rogu dziedzińca mieszkał „numerowy”, chudy i ponury Wincenty. Przez okno pokoju Marcinek obserwował, jak Wincenty żywo rozmawiał z Żydem. W pewnym momencie rozległo się pukanie. Okazało się, że to Żyd, który był kupcem zbożowym. Od słowa do słowa wywiązała się między nimi rozmowa, że brat kupca oddawał syna do gimnazjum, a przedtem zapisał go na korepetycje do egzaminatora, pana Majewskiego. Pani Borowiczowa postanowiła zrobić to samo. Po obiedzie matka z synem udali się do profesora. Nauczyciel zgodził się przygotować Marcinka do egzaminów.
Bohaterowie lektury „Syzyfowe prace”
Marcin Borowicz
Główny bohater „Syzyfowych prac”. Chłopiec jest jedynakiem i pochodzi z Gawronek, ze średnio zamożnej rodziny.Był to duży, tęgi i muskularny chłopak ośmioletni, z twarzą nie tyle piękną, ile rozumną i miłą. Z czasem mężnieje, a wyróżniają go czarne oczy. Marcina poznajemy w momencie przybycia do szkoły początkowej w Owczarach (ma wtedy osiem lat) i obserwujemy jego losy aż do ukończenia gimnazjum w Klerykowie i zdania matury (ma wówczas osiemnaście lat, staje się dojrzałym młodzieńcem). Pobyt w szkole początkowo jest dla niego bardzo trudny, odczuwa samotność, tęskni za domem. Z czasem czyni postępy w nauce, choć arytmetyka i język rosyjski sprawiają mu duże problemy. Na kartach powieści obserwujemy metamorfozę Marcina, swoistą ewolucję jego osobowości, poglądów i postawy. W czasie dziesięciu lat edukacji doświadczył straty matki, opuścił się w nauce, pogorszył swoje zachowanie ze względu na znajomość z Wilczkowickim, potem doznał nawrócenia, stał się bardzo religijny i codziennie chodził do kościoła. Następnie zafascynował się inspektorem Zabielskim i poddał się rusyfikacji. Pozostawał też pod wpływem książki Buckle’a, wyznawał filozofię materializmu, a także został ateistą i odkrywał świat na nowo. Następnie wzruszył się postawą Bernarda Siegera, co obudziło w nim patriotyzm. Brał udział w tajnych spotkaniach, podczas których czytano literaturę narodową. Największy wpływ na uczucia i duszę Borowicza miały „Dziady” Mickiewicza. Marcin nauczył się odpowiedzialności za siebie i innych, zdobył umiejętność krytycznego myślenia, miał odwagę wyrażać własne poglądy, a także planował dalszą edukację – planował pójść na uniwersytet w Warszawie. Borowicz zakochuje się przed maturą w Annie Stogowskiej i cierpi z powodu tej miłości. Przekonuje się w końcu, że nie jest dziewczynie obojętny, lecz nim zdąży o nią zawalczyć, dowiaduje się o jej wyjeździe w głąb Rosji. Wszelkie wydarzenia z życia Borowicza, te większe i mniejsze, budują jego tożsamość i przynależność narodową.
Walenty i Helena Borowiczowie
Mieszkają w Gawronkach, biednej wsi, gdzie prowadzą folwark. Wszystko poświęcają edukacji jedynego syna. Choć bardzo go kochają, starają się nie odwiedzać Marcina w szkole, żeby go zahartować. Helena umiera pod koniec wakacji, gdy chłopiec ma iść do klasy pierwszej. Walenty mało się interesuje synem, gdyż pracuje dwa razy więcej, by opłacić jego szkołę, podręczniki i stancję. Później zaniedbuje gospodarstwo, a w domu panuje chaos, ponieważ z wiekiem mężczyzna przestaje mieć siłę, aby wszystkim się zajmować.
Ferdynand Wiechowski
Nauczyciel w szkole elementarnej w Owczarach; […] miał na sobie rude i mocno zniszczone palto z wystrzępionymi dziurkami od guzików i guzikami rozmaitego pochodzenia, na nogach grube buty, a na długiej szyi wełniany szalik w prążki czerwone i zielone. Szerokie, żółtawe wąsy, od czasów we mgle przeszłości leżących niepodkręcane do góry, zakrywały usta pana Wiechowskiego jak dwa strzępy sukna. Palcami prawej ręki, powalanymi atramentem, z gracją i kokieterią odgarniał z czoła spadające promienie włosów i rozkopywał śnieg, szastając po nim nogą w nieprzerwanych ukłonach. Zwiędła i zastygła twarz jego marszczyła się w uśmiechu czołobitności, który czynił ją podobną do maski. Mężczyzna dba jedynie o swoją posadę, podczas lekcji ma surową minę i często stosuje niepedagogiczne metody nauczania, na przykład bije uczniów dyscypliną. Bardzo przykłada się do rusyfikacji dzieci i młodzieży; jest doskonałym narzędziem w rękach zaborcy.
Marcjanna z Pilszów
Żona Ferdynanda Wiechowskiego, kobieta przystojna, choć nieco za wielka i za otyła; oczy przysłaniały jej szafirowe okulary.
Piotr Michcik
Nastolatek, najbardziej pojętny uczeń w szkole elementarnej w Owczarach, płynnie posługuje się językiem rosyjskim.