Ferdydurke
Witold Gombrowicz
Czas akcji: Akcja utworu rozpoczyna się we wtorek rano i trwa około dwudziestu dni. Z dopisków narratora można wywnioskować, że wydarzenia dzieją się w 1937 roku lub wcześniej. Wspomina on bowiem ukazanie się jego debiutanckiego utworu pt. „Pamiętnik okresu dojrzewania” z 1933 roku, a także zapowiada stworzenie nowego dzieła, którym jest właśnie „Ferdydurke”, wydana w 1937 roku.
Miejsce akcji: Powieść dzieli się na trzy części. Pierwsza rozgrywa się w Warszawie, w szkole dyrektora Piórkowskiego, do której zostaje zabrany główny bohater – Józio. Druga część dzieje się w domu Młodziaków, do których wprowadził się Józio. Część trzecia natomiast rozgrywa się na terenie ziemiańskiego dworku w Bolimowie, który jest własnością ciotki Józia, pani Hurleckiej.
Gatunek literacki: Powieść awangardowa/psychologiczna/filozoficzna, groteska (została stworzona tak, aby nie wpisywała się w żadne konwenanse)
Epoka: XX-lecie międzywojenne
Motywy: maski (gęby), formy (nienaturalności), niewinności, naiwności (pupy), nowoczesności (łydki), staroświeckości, niedojrzałości, infantylności, nieświadomości, dzieciństwa, szkoły, snu, ucznia, nauczyciela, dworku, rodziny, miłości, ucieczki, buntu, śmierci, samobójstwa, groteski, sztuki, dzieła
Streszczenie lektury „Ferdydurke”
Rozdział I
Porwanie
Narrator, którym jest trzydziestoletni Józio Kowalski, obudził się we wtorek rano. Wydawało mu się, że musi jechać na dworzec, bo czeka na niego pociąg. Zaraz jednak zorientował się, że to jeszcze fragment jego snu. Leżąc tak, czuł w każdej komórce swego ciała rozdarcie, rozproszenie i rozproszkowanie, a także ogromny lęk. Ponadto zdawało mu się, że coś z niego szydzi, coś wewnątrz niego go przedrzeźnia. Miał również wrażenie, że jego ciało nie jest jednolite, że niektóre jego części są jeszcze chłopięce: że moja głowa wykpiwa i wyszydza łydkę, łydka zasię głowę, że palec nabija się z serca, serce z mózgu, nos z oka, oko z nosa rechocze i ryczy – i wszystkie te części gwałciły się dziko w atmosferze wszechobejmującego i przejmującego panszyderstwa. Kiedy narrator całkiem odzyskał świadomość po przebudzeniu, odkrył, że jego lęk nie zmniejszył się ani odrobinę. Był tak samo rozdarty i zaczął się zastanawiać, kim tak naprawdę jest i do czego zmierza. Jego koledzy już coś w życiu osiągnęli, ciotki nękały go, żeby został kimkolwiek. Narrator wspomina swoje dzieło pod tytułem „Pamiętnik okresu dojrzewania” – koledzy odradzali mu ten tytuł, żeby przypadkiem nikt nie pomyślał, że jest niedojrzały. Narrator tak mówi o tym czasie: Życie moje stało się odtąd rozdarte bardziej, niż było za dni spędzanych w zaciszu domowym. I nie wiedziałem, czyj jestem – czy tych, co mnie cenią, czy tych, co nie cenią mnie. Józek przyznaje, że nienawidzi gminu półinteligentów, stronił od elity i arystokracji. Sam też na początku swojego życia publicznego został hojnie namaszczony niższą sferą. Zazdrościł literatom ich wysublimowanego słownictwa i umiejętności społecznych.
Świt wdzierał się już do pokoju, kiedy narrator wciąż prowadził bilans swego życia. Leżąc w łóżku, wybuchał bezsilnym zwierzęcym śmiechem mechanicznym. Naraz Józio spostrzegł, że nie jest w pokoju sam. W kącie, dokąd nie docierało jeszcze światło, był drugi człowiek, chociaż drzwi były zamknięte na klucz. Zorientował się wtedy, że to jego sobowtór. Zaraz jednak zaczął się buntować, nie chciał, żeby to był on; to nie mógł być on. I wtedy straszne ogarnęło mnie wzburzenie. Ach, stworzyć formę własną! Przerzucić się na zewnątrz! Wyrazić się! To popchnęło go do pisania. Wyciągnął papier z szuflady, służąca wniosła ranną kawę i bułeczki, a on zaczął pisać pierwsze stronice dzieła mojego własnego.
Nagle rozległ się dzwonek, a w drzwiach pojawił się T. Pimko, doktor i profesor, a właściwie nauczyciel, kulturalny filolog z Krakowa. Belfer zaczął wspominać o dość dawno zmarłej ciotce Kowalskiego i podsumował, że jego książka była w sumie niezła, taka na trójkę z plusem. Wtedy Pimko zobaczył świeżo zapisane przez Józia strony, pochwycił je i zaczął czytać. A jemu zrobiło się słabo. Nagle belfer zaczął przepytywać Kowalskiego z wiedzy ze szkoły podstawowej. Pytał o historię, koniugację, o przysłówki, deklinację. Józio był zaskoczony, a profesor skrzywił się, wyjął notes i wstawił mu ocenę niedostateczną. W końcu Pimko się odezwał i powiedział, że zabiera Józia do szkoły dyrektora Piórkowskiego, gdzie są jeszcze miejsca w szóstej klasie, gdyż jego edukacja jest zaniedbana i trzeba mu uzupełnić braki. Nauczyciel za nic miał sprzeciw Józia, wziął go za rękę i wyprowadził na ulicę.
Rozdział II
Uwięzienie i dalsze zdrabnianie
Mimo protestów Józia profesor Pimko wepchnął go przez szkolną furtkę. Belfer przedstawił Kowalskiego nauczycielowi, zapewne dyżurnemu, po czym zaczęli rozmawiać o poziomie naiwności (pupy) ich uczniów. Pimko zaproponował anachroniczne chwyty pedagogiczne, jak na przykład powiedzenie uczniom, że uważa się ich za naiwnych i niewinnych, wówczas ci będą chcieli wykazać, że wcale tacy nie są, a tym samym wpadną w prawdziwą naiwność i niewinność. Po czym Pimko ukrył się za dębem, a wychowawca wziął Józia za rękę i wprowadził na sam środek szkoły.
Kowalski obserwował uczniów: jedni się bili, inni się uczyli. Nagle zaczęli mówić jeden przez drugiego, używając coraz okropniejszych wyrazów. Kiedy dostrzegli schowanego za dębem nieznajomego, który bacznie im się przyglądał, zaczęli krzyczeć: Wizytator! Pimko zaś stał i zapisywał coś ołówkiem na karteczce. Później karteczka ta została im zręcznie podrzucona, tak, że wyglądało, jakby przyniósł ją wiatr. Było tam napisane: Na zasadzie moich obserwacji, przeprowadzonych w szkole X podczas wielkiej pauzy, stwierdzam, że młodzież męska niewinna jest. Takie jest moje najgłębsze przekonanie. Dowodem tego – wygląd uczniów oraz ich niewinne rozmowy tudzież ich niewinne i przemiłe pupy. T. Pimko 29.IX.19… Warszawa. Kiedy uczniowie się o tym dowiedzieli, w szkole zawrzało. Zaczęli się buntować: My niewinni? My, młodzież dzisiejsza? Śmiali się coraz bardziej i wygadywali coraz gorsze wyrazy, przekleństwa czy wyzwiska. Józio podszedł do profesora i zaczął skarżyć na kolegów, że mówią brzydkie wyrazy. Wtedy belfer zabrał głos, ogłaszając, że żadne najgorsze wybryki nie zmienią jego głębokiego przekonania, że w gruncie rzeczy chłopcy są skromni i niewinni.
Miętus oburzył się, że profesor ciągle ma ich za niewinnych. Wtedy tęgi, wysoki młodzieniec, nazywany przez innych Syfonem, powiedział: Właśnie niewinność jest zaletą… Trzeba być niewinnym. Kiedy Miętus to usłyszał, zaczął się z niego naśmiewać. Syfon na początku wydawał się niewzruszony i przyznał: Tak, niewinny jestem – więcej powiem, jestem nieuświadomiony i nie pojmuję, czemu miałbym wstydzić się tego. Miętus splunął, a Myzdral krzyknął, że Syfon przynosi im wstyd. Pojawili się zwolennicy Syfona i zwolennicy Miętusa. Ci pierwsi ślubowali, że nigdy nie zaprą się chłopięcia ani orlęcia. Wtenczas Miętus rzucił się na Syfona, ale rozdzielono ich, nim doszło do bójki.
Bohaterowie lektury „Ferdydurke”
Józio Kowalski
Trzydziestoletni pisarz o imieniu Józef. Został upupiony przez profesora Pimkę, który uważał go za niedojrzałego, i zamienił się w siedemnastolatka. Trafił z powrotem do szkoły do szóstej klasy. Józio wiele razy chce uciec, zbuntować się, pokazać, że ma swoje trzydzieści lat, lecz nie może wyzwolić się od formy, dopada go niemożność. Jego podróż obfituje w przeróżne obserwacje i refleksje. Pobyt w szkole ukazuje mu system, który upupia uczniów, zamiast uczyć ich dojrzałości. Widzi podział na chłopięta – pełne niewinności i ideałów – oraz chłopaków – buntowników. Na stancji u Młodziaków Józio zderza się z nowoczesnością, którą ostatecznie udaje mu się przełamać i zdemaskować. Po ucieczce z domu Młodziaków udaje się razem z Miętusem na poszukiwania prawdziwego parobka. Ta wyprawa pokazuje mu świat tradycji, w którym podziały klasowe są bardzo widoczne. Trafia do dworku w Bolimowie, gdzie poznaje sekret stosunków między panami a służbą. Kiedy udaje mu się porwać Zosię i zbiec z dworku, ponownie okazuje się, że ucieczka wcale nie jest możliwa. Nie ma ucieczki ani przed gębą, ani przed pupą.
Profesor T. Pimko
Doktor i profesor, a właściwie nauczyciel, kulturalny filolog z Krakwa, drobny, mały, chuderlawy, łysy i w binoklach, w spodniach sztuczkowych, w żakiecie, z paznokciami wydatnymi i żółtymi, w bucikach giemzowych, żółtych. Profesor niespodziewanie zjawia się w mieszkaniu Józia, zaczyna go przepytywać z wiedzy szkolnej i stwierdziwszy u niego braki, zabiera go z powrotem do szkoły. Pimko jest postacią specyficzną, której zachowanie często jest irracjonalne. Z jednej strony chce upupiać uczniów, z drugiej zabiera Józia na stancję do Młodziaków, żeby zakochał się w pensjonarce i porzucił tradycyjne myślenie. Niby sam potępia nowoczesne prądy, chowając się za maską konserwatyzmu i staroświeckości, a jednocześnie tak naprawdę pożąda Młodziakówny i nabierając się na podstęp Józia, godzi się na schadzkę w pokoju Zuty. Wypływa z niego hipokryzja, a profesor zmienia poglądy (gęby) w zależności od tego, jakimi osobami się otacza.
Piórkowski
Dyrektor szkoły, do której zostaje zabrany Józio. Zależy mu, by wszystkie wolne miejsca wypełnić uczniami, a Pimko mu w tym pomaga; olbrzym jakiś gigantyczny. Do swojej wypowiedzi co chwilę wtrąca: Pupa, pupa, pupa! Pokazuje to, jaką rolę tak naprawdę odgrywa jego szkoła. Wcale nie edukacyjną, lecz infantylizującą, czyli jej głównym celem jest upupianie młodzieży. Grono pedagogiczne specjalnie wybrano w taki sposób, aby składało się z samych nudnych, niedołężnych starców. To najtęższe głowy w stolicy […], żaden z nich nie ma jednej własnej myśli. A jeśli już dyrektor jest zmuszony, by zatrudnić kogoś młodszego, w sile wieku, zawsze dba o to, aby był obdarzony przynajmniej jedną odstręczającą właściwością. Z pozoru szkoła ma sprawić, by uczniowie pozbyli się niedojrzałości, lecz w rzeczywistości robi wszystko, by chłopcy nie myśleli samodzielnie, powtarzali utarte formułki, a także zachowali dziecinną naiwność.
Bladaczka
Nauczyciel języka polskiego. Nazywany tak od szczególnie niezdrowej i ziemistej cery […]. Naucza chłopców o wieszczach. Zadaje tendencyjne pytania, a jego główną tezą, powtarzaną na lekcjach, jest: Słowacki wielkim poetą był. Nie dopuszcza do tego, by ktokolwiek miał inne zdanie. Każe przyjąć tę tezę bezrefleksyjnie, nie tłumaczy jej ani nie podaje na poparcie żadnych argumentów. Gdy Gałkiewicz mu się sprzeciwia, wpada w panikę i desperacko próbuje przekonać ucznia do swoich racji, w obawie, że naruszenie tezy o wielkości Słowackiego sprowadzi karę na jego rodzinę. Ostatecznie udaje mu się stłamsić uczniów, zmuszając ich do wysłuchania niezwykle nudnego poematu Słowackiego.