Kazimierz Przerwa-Tetmajer wiersze
Kazimierz Przerwa-Tetmajer
Gatunek literacki: Wiersz
Epoka: Młoda Polska
Motywy: dekadentyzmu, końca, upadku, braku sensu, czasu, przekleństwa, głupoty, samobójstwa, walki, wiedzy, rozkoszy, kondycji ludzkiej, sztuki, artysty, dumy, głodu, twórczości, tworzenia, kobiety, pożądania, cielesności, zmysłowości, erotyzmu, wstydu, poety, cielesności, duchowości, przyrody, ciszy, wiatru, gwiazdy, księżyca, zjednoczenia, ulotności, duchowej wspólnoty
Streszczenie lektury „Kazimierz Przerwa-Tetmajer wiersze”
Koniec XIX wieku
Utwór ten to przejmujący obraz egzystencjalnego kryzysu człowieka końca XIX wieku – jednostki świadomej, wykształconej, ale całkowicie zagubionej w świecie opartym na nietrwałych wartościach. Podmiot liryczny analizuje kolejne możliwe postawy wobec cierpienia, bólu i absurdu życia, by ostatecznie każdą z nich zakwestionować i uznać za nieskuteczną lub niedorzeczną.
Rozpoczyna od pytania o przekleństwo, które zaraz odrzuca, uważając to za instynktowny, prymitywny odruch: Tylko dziki, kiedy się skaleczy, / złorzeczy swemu bogu, skrytemu w przestworze. Ironia również zostaje zakwestionowana – nawet ona nie dorównuje absurdowi świata, w którym największe z szyderstw czyż się może / równać z ironią biegu najzwyklejszych rzeczy? Wzgarda, rozpacz, walka – każda z tych reakcji zostaje obnażona i przedstawiona jako bezsilna wobec potęgi losu. Podmiot odrzuca wzgardę jako przejaw słabości, rozpacz – jako instynkt samozagłady ( za przykładem trzeba iść skorpiona, / co się zabija, kiedy otoczą go żarem? ), a walkę – jako absurdalną próbę mierzenia się z nieuchronnością ( czyż mrówka rzucona na szyny / może walczyć z pociągiem, nadchodzącym w pędzie )...
Eviva l’arte!
Wiersz jest buntowniczym manifestem artysty z epoki Młodej Polski – jednostki, która mimo biedy, niezrozumienia i społecznego wykluczenia z dumą i pasją broni sensu artystycznej twórczości. To hymn na cześć sztuki, która – choć nie daje chleba, nie przynosi pieniędzy – staje się źródłem siły, dumy i poczucia wyższości nad światem materialnym.
Już w pierwszej strofie wybrzmiewa gorzka prawda o kondycji człowieka: Człowiek zginąć musi. Dowiadujemy się też, że kto pieniędzy nie ma, jest pariasem, czyli kimś wyjętym spod prawa, wyrzutkiem. Pojawia się brutalny obraz nędzy, która porywa za gardło i dusi, prowadząc człowieka ku śmierci niczym psa. A jednak mimo tej beznadziejności artysta rzuca światu wyzwanie: Eviva l’arte! , czyli wykrzyknienie z języka włoskiego: Niech żyje sztuka!, jakby to właśnie ona była jedynym ratunkiem przed nicością.
Refrenowy okrzyk Eviva l’arte! powtarzany w każdej strofie nadaje wierszowi rytm hymnu zagrzewającego do duchowej walki. Autor przeciwstawia sobie dwa światy: świat nędznych filistów karmiących swoje brzuchy i żyjących w duchu mieszczańskich wartości oraz świat artystów – biednych, samotnych, czasem głodujących, ale pełnych dumy i wewnętrznego ognia. Porównuje ich do jesiennych liści – kruchych i przemijających, ale nadal pięknych w swoim opadaniu...
Lubię, kiedy kobieta…
Utwór stanowi odważną, zmysłową i kontrowersyjną deklarację mężczyzny, który afirmuje fizyczną miłość jako jedno z najintensywniejszych doświadczeń człowieka. Wiersz ten wyraża fascynację kobiecym ciałem, erotycznym uniesieniem oraz chwilą spełnienia – ale także ukazuje specyficzne, modernistyczne napięcie między cielesnością a duchowością.
Już pierwsze wersy wprowadzają nas w osobisty, wręcz intymny świat zmysłów podmiotu lirycznego: Lubię, kiedy kobieta omdlewa w objęciu, / Kiedy w lubieżnym zwisa przez ramię przegięciu… Obraz kobiety ukazany jest tu przez pryzmat jej cielesnych reakcji: miękkości ciała, blednącej twarzy, wilgotnych warg, drżących palców i przyspieszonego oddechu. To pełna ekspresji wizja erotycznego spełnienia, która nie pozostawia miejsca na domysły. Jednocześnie jednak – choć na pierwszy rzut oka ta scena może się wydawać czysto zmysłowa – skrywa też głębsze emocjonalno-filozoficzne treści.
Podmiot liryczny nie tylko opisuje fizyczność kobiety, ale także fascynuje się jej emocjonalnym zawstydzeniem i psychiczną niepewnością: I lubię ten wstyd, co się kobiecie zabrania / Przyznać, że czuje rozkosz. To, co ukryte, niewypowiedziane, staje się równie pociągające jak to, co jawne. W tym momencie pojawia się charakterystyczne dla epoki Młodej Polski napięcie między naturą a kulturą, popędem a kontrolą, instynktem a wstydem...
Melodia mgieł nocnych
Mamy tu do czynienia z liryczną wizją zanurzenia się w naturze, pełną ciszy, ulotnych wrażeń i zmysłowego uniesienia. Już od pierwszych wersów poeta wprowadza nas w nastrój sennej, niemal mistycznej kontemplacji. Cisza staje się tutaj warunkiem istnienia tego świata – delikatnego, nietrwałego, kruchego. Woda „śpi” w kotlinie, a wszelkie zakłócenie mogłoby zniszczyć jej idealny spokój. Liryczne „my” przemawia szeptem i z lekkością, jakby unosząc się ponad ziemią; zaprasza do wspólnego pląsania z wiatrem „po przestworów głębinie”, do tańca z księżycem i wsłuchiwania się w potoki, szumy limb i szept świerkowego boru.
Poeta kreśli przestrzeń oniryczną, zawieszoną między snem a jawą, gdzie wszystko wydaje się niematerialne i pełne harmonii. Człowiek staje się tu niemal czystym zmysłem. Odbiera świat poprzez zapach kwiatów, dźwięk strumieni, blask księżyca i powiew wiatru. Chwile te są krótkie, efemeryczne, ale właśnie dlatego tak intensywne. Zmysłowość natury przenika się z duchowością, a świat fizyczny wydaje się tylko powierzchnią dla czegoś głębszego i bardziej metafizycznego.
W dalszej części wiersza przestrzeń staje się jeszcze bardziej fantastyczna. Podmiot liryczny pragnie dogonić spadającą gwiazdę, przytulić ją, pożegnać przed jej śmiercią. Bawi się lekkim puchem mlecza, przezroczystym skrzydłem ćmy, pierzem sów i cieniami nietoperza. Wszystko wokół jest miękkie, ulotne, niemal baśniowe. Rzeczywistość zatraca swoją fizyczność, a człowiek – nie jako istota biologiczna, lecz jako duch – staje się częścią tej zmysłowo-duchowej symfonii...